Historie z życia modelki – do śmiechu i do płaczu

Udostępnij na:
W karierze każdej modelki, są momenty radosne i te bardziej smutne. Zdarzają nam się sytuacje zabawne i śmieszne, miłe i sympatyczne, ale rownież te przykre o których wolimy zapomnieć. W mojej kilkuletniej karierze, wielokrotnie plakalam ale tez wielokrotnie się smialam. Zwiedzilam fantastyczne miejsca, poznałam świetnych ludzi z którymi przyjaźnie się do dziś, jednak od czasu do czasu ten feryczny wizerunek zaklocaly mniejsze lub większe smutki.
Gdy po raz pierwszy wyjechałam do Paryża i poznałam Martina, bardzo dobrze pracowałam, niejednokrotnie po kilkanaście godzin dziennie. Osłabiony organizm młodej dziewczyny, która wtedy byłam, szybko uległ infekcji. Gdy któregoś ranka dostałam ogromnej gorączki i bólu gardła, moja wspolokatorka Tamaryn  powiadomiła Agencje, która przysłała lekarza. Angina ropna, okazała się uciążliwa, ale przy odpowiedniej dawce antybiotyku, wszystko powinno wrócić do normy w ciagu kilku dni. Zaczęłam więc przyjmować przepisany lek, i już po kilku godzinach, pod moim mieszkaniem stała karetka… Okazało się, ze antybiotyk jest na bazie peniciliny, na która jestem bardzo uczulona. Zaczęłam więc puchnąć zewnętrzne, ale rownież wewnętrznie. Miałam problem z oddychaniem, i myślałam ze to już koniec, dopóki nie zostałam zaintubowana. Szesnaście lat, pierwszy raz w podróży po za domem… Był to dla mnie straszny koszmar. Moje wspollokatorki zaopiekowaly się mną przez kilka kolejnych dni. Martin pojawił się w kilka godzin po przykrym incydencie, gdyż koleżanki nie mogły się z nim skontaktować. Dziś wspominam to wydazenie z lekkim smutkiem, ale rownież rozbawieniem. Ponieważ opuchlizna nie zeszła natychmiast, trwało to kilka dni, a ja wyglądałam jak nadmuchany balon.
Inny taki niewesoly przypadek, przytrafił mi się w Seulu kilka lat pózniej. Jak każda przebywająca za granica osoba, dostosowalam się do lokalnej kultury, obyczajów i żywności. I po mimo iż uwielbiam kuchnie koreańska, jak się pózniej okazało, ona mnie nie polubila. Któregoś poranka, zamiast jechać na sesje zdjęciową pojechałam z moim bookerem na ostry dyżur. W nocy dostałam silnej gorączki i drgawek. Miałam nabrzmialy brzuch, tak bardzo ze wyglądało to jak bym w początkowej ciąży. Po wykonaniu całej seri badań i prześwietlen, okazało się ze jeszcze chwila a dostalabym wstrząsu sceptycznego (tak to się chyba poprwanie nazywa?!) Mój organizm po prostu przestał trawic tamtejsze jedzenie, które w większej części zalegalo w moim żołądku i jelitach! Jak się pózniej okazało, azjatycki ryż jest bardzo cieżko strawny, a ponieważ jest tez klejacy, nie każdy organizm potrafi go prawidłowo asymilowac. Oczywiście był to mało przyjemny incydent, znaleźć się w Koreanskim szpitalu na drugim końcu swiata, sama jak palec. Naszczescie wszystko dobrze się skończyło i po 48 godzinach zostałam wypuszczona. Tak jak pisałam w poprzednim poście, każda modelka powinna mieć świetna odporność i mocne zdrowie, gdyż częste podróże, zmiany klimatyczne i czasowe, ale przede wszystkim długie, wielogodzinne dni pracy przed obiektywem są wbrew pozorom bardzo męczące….
Zdażyły mi się rownież typowo „modelingowe wpadki”. Prawie zawsze spowodowane z mojej winy lub zwyklego pecha, choć przyznam szczerze, ze na jednym z moich pierwszych pokazów (ten miał miejsce w Łodzi) starsze „koleżanki” schowaly moje buty, co było sporym utrudnieniem w wyjściu na wybieg. Jednak o większość nieszczęść postaralam się sama….
Gdy robiłam bardzo prestiżowy pokaz marki Lanvin w Tokyo, byłam w wielkim stresie. Nie dość, ze strój niewygodny to jeszcze buty nie do założenia. Choreograf pokazu wymyślił ze wybieg będzie w formie kwadratu, a w rogach bedą stały cztery podium na które będziemy wchodzić, pozowac fotografom, a następnie schodzić. I wszystko byłoby super, gdyby nie ten nieszczęsny obcas, który złamał się już przy pierwszym podescie. Oczywiście straciłam równowagę i prawie wyladowalam na ziemi, jednak cudem udało mi się uniknąć upadku. Miałam kilka sekund na zastanowienie co dalej, zdecydowałam się na natychmiastowe zdjęcie szpilek, i dokończenie mojego wyjścia boso… Po tylu latach, ten wypadek wydaje mi się zabawny, ale pamietam ze wtedy byłam w ogromnym strachu…..
Bardzo pechowy byl dla mnie rowniez pokaz do wlosow firmy Wella, odbywajacy sie w Monachium. Jak to zwykle bywa w tego typu show, przygotowania to w wiekszosci ciecie i farbowanie wlosow na kilka dni przed pokazem. I tym razem odbylo sie to w ten sposob, tak wiec gdy pojawilam sie na umowione spotkanie, bylam przygotowana na zmiane wizerunku. Jednak fryzjerka, ktora robila moj kolor, zle pomieszala proporcje. Rezultat byl po prostu tragiczny, moje wlosy byly calkowicie zolte a ja sama wygladalam jak Eminem albo jakies przestraszone piskle!!! Naszczescie blad zostal naprawiony dwa dni pozniej, i ponownie wygladalam jak czlowiek.
Byly jednak rowniez momenty tragiczne, gdzie zrozumialam znaczenie „show must go on” w doslownym sensie tego zdania. Wieczorem przed pokazem Helmut Lang majacym miejsce chyba w Berlinie (pamiec czasami zawodzi) przezylam jeden z najgorszych momentow mojego zycia. Byl to poczatek Grudnia, i niedlugo mialam jechac na Swieta do domu. Moja mama probowala dodzwonic sie do mnie przez caly dzien, ja jednak bylam bardzo zajeta przymiarkami i probami, wiec nie odbieralam telefonu. Gdy wieczorem nareszcie oddzwonilam do mamy, przezylam najwiekszy do tej pory szok mojego zycia. Dowiedzialam sie, iz bardzo bliska mi osoba, ktora znam od dziecinstwa i ktora byla dla mnie jak kuzyn, opuscila nas z wlasnej woli….. Wstrzas jakiego wtedy doznalam jest nie do opisania, a na samo wspomnienie, po tylu latach, lzy naplywaja mi do oczu….. Przeplakalam cala noc…. nie zmruzylam oka, a na nastepny dzien pojawilam sie w Sali Kongresowej, gotowa do makijazu i czesania. Makijazystka z wielkim niezadowoleniem powiedziala, ze powinnam wiecej spac , a mniej imprezowac, bo jestem cala blada, opuchnieta i mam czerwone oczy…. Usmiechnelam sie wtedy smutno i wytlumaczylam sytuacje. Kilka godzin pozniej bylam na wybiegu, a nastepnego dnia robilam kilkudniowa sesje zdjeciowa w Zurychu….. „Show must go on”, zobowiazania sa zobowiazaniami. Zalobe nosze do tej pory w sercu….
Wsrod tych przykrych wydazen, dominuja jednak te radosne i wesole. Kiedy razem z Sandra i Anieli, wybralysmy sie podczas weekendu na Lama Island. Wyspa ta znajduje sie w poblizu Hong Kongu, i mozna sie tam dostac statkiem typu HK Ferry. Wyspa slynie z tego, ze jest w pewnym sensie rezerwatem naturalnym, ma bardzo malo zabudowy mieszkalne, budynki maja po dwa lub trzy pietra, jednak wiekszosc stanowia domy jednorodzinne. Nie ma na niej drog, ani samochodow, za to sa piekne male plaze, i cudowne szlaki turystyczne. Gdy przyplynelysmy na wyspe, natychmiast wyruszylysmy w droge, po kilku godzinach marszu zmeczone, zglodniale i spragnione, zorientowalysmy sie ze na szlaku oprocz pieknych widokow nie ma absolutnie nic!!! Gdy reszcie dotarlysmy do portu, biegiem rzucilysmy sie do lokalnej restauracji, jedynej chyba na wyspie. A tam czekala na nas niespodzianka, cale menu bylo po chinsku. Gdy zobaczylysmy wszystkie „specjaly”, postanowilysmy zamowic cos normalnego. Z wielkim trudem udalo nam sie wytlumaczyc ze chcemy zamowic trzy porcje azjatyckiego makaronu z kurczakiem. Gdy wywolano nasz numerek, i odebralam potrawy, myslalam ze zwymiotuje…. Dostalysmy ryzowy makaron typu spagetti polany bialym, okropnym tluszczem kurczaka i jego dziobem na czubku……
Kilka miesiecy, ktore spedzilam w Seulu, byly po prostu bajeczne. Tak jak wczesniej opisywalam, prawdziwa odskocznia od przykrej  rzeczywistosci, ktora pozostawilam za soba w Paryzu. Moje wspolkokatorki Jo i Maja, rowniez sa blondynkami, tak wiec budzilysmy w stolicy Korei, ogulna sensacje… Mieszkalysmy w dzielnicy, ktora nie nalezala do turystycznych, i na ulicach nie bylo bialych ludzi. Tak wiec wiekszosc mieszkancow naszej okolicy, zawsze bacznie sie nam przygladala. Ktoregos dnia, bedac na zakupach w pobliskim sklepiku razem z Jo, schylilam sie przy regale, aby obejrzec jeden z produktow. Mala, koreanska dziewczynka podbiegla do mnie, po czym z calej sily pociagnela mnie za wlosy, a nastepnie uciekla z piskiem. Jej mama widziala cala „akcje” i z krzyczala cos na mala, a nastepnie podeszla do mnie z przeprosinami. Wytlumaczyla mi, ze dziewczynka, nie mogla uwierzyc, ze te wlosy sa moje, bo ona takich ludzi widziala tylko w telewizji, i chciala sprawdzic czy jestem prawdziwa. Podeszlam wtedy do malej, wzielam jej dlon, i dotknelam swojej twarzy, nosa, oczu, wlosow….. Tylko w ten sposob, dziecko sie przekona, ze mimo koloru skory i innych dzielacych nas roznic, jestesmy tacy sami….
Czasami barkuje mi podrozy modelingowych, tych pieknych doswiadczen, smutnych i radosnych. Tych niezapomnianych chwil, cudownych miejsc, wspanialych ludzi!!!
Pozdrawiam wszystkie moje kolezanki modelki czytajace moja „tworczosc”, wiem ze dzieki takim wpisa, w was rowniez odzywaja wspomnienia!!!
Comments 7
  • Mozna wiedziec w jakiej polskiej agencji bylas? 🙂

  • Tak wlasnie jest z blogami, najpierw sie sledzi jeden, potem dwa, a pozniej na nic nie ma czasu….. 😉

  • Nie da rady, mam slownik angielski, francuski lub polski.Nie da sie bez slownika (albo da, tylko ja nie potrafie?!?) Niby zawsze sprawdzam, ale jednak zawsze cos przeocze….

  • No to ładnie mnie urządziłaś:) Wpadłam przypadkiem, a zostanę na stałe:) 2 godzinki z głowy, bo zaczytałam się w twoich wpisach…A mam tyle rzeczy dziś do zrobienia!
    Też mieszkam w Paryżu, też byłam/jestem modelką, choć nigdy pełnoetatową, w pełnym tego słowa znaczeniu, przez duże M;) Ale mamy wiele wspólnego więc chyba się uzależnię od Ciebie:)

  • :)))))))

  • :)O Boże Paula, jakie akcje:)!! Z ryżem i karetką koszmar!! Jak tu mi się znowu odezwą kamienie nerkowe albo inne cuda i będę na pogotowi, ciepło pomyślę o Tobie i pomyślę: Pauliny tak po prostu mają;). Z pewnością na starość nie będziesz mogła powiedzieć, że Twoje życie było nudne, a o to chodzi !:)

  • Fajne wspomnienia i miło się czyta, ale może warto przestawić słownik w iphonie, bo sam wstawia Ci pozmieniane wyrazy i przekręca słowa, nie mówię już o ortografii, której często nie widzi. A to trochę rozprasza w czytaniu. Ale zawsze,na Twoje wpisy czekam z niecierpliwością.:))))) Pozdrawiam z Koszalina – Ewa Z.

Dodaj komentarz