Bezrobocie kontra niepowtarzalne zawody

Udostępnij na:
No coż, francuskie bezrobocie, nadal szaleje, statystyki wciąż wspinają się, i regularnie, co miesiąc biją historyczne rekordy. Aktualny rząd, ministrowie i sam prezydent, już nie wiedzą co mają robić, łapią się za głowę, i szukają rozwiązań i pomysłów. Efektem ich intensywnego myślenia i pracy nad spadkiem nieszczęsnego bezrobocia, jest powołanie całkiem nowej, młodej, prężnej, ambitnej i niezbyt doświadczonej Pani Minister. Myriam el Khomir, 37 latka, marokańskiego pochodzenia, stała się najmłodszym członkiem rządu. Może, to właśnie ona dzięki swojemu trzeźwemu i dość realnemu spojrzeniu na świat, będzie potrafiła dostrzec prawdziwe problemy, nękające francuzów. Może to właśnie ona spowoduje, że trwająca od wielu miesięcy tendencja wzrostu bezrobocia spadnie, lub chociaż się ustabilizuje. Pani Minister przyznała w jednym z wywiadów, iż jest w pełnej mobilizacji, zdeterminowana, aby wyprowadzić Francje z tego dołka. A jako kreatywna i prężna osoba, otwarta jest na wszelkie pomysły i propozycje.

Mimo, iż Francuską nie jestem nadal (tak, tak, moi drodzy, mimo 15 lat, jeszcze nie złożyłam papierów o obywatelstwo, powinnam się tym kiedyś jednak zająć) to jednak tu mieszkam i żyję, a kraj ten jest mi równie bliski sercu, co Polska. Dlatego też, postanowiłam pomóc Pani Minister, i podsunąć jej kilka ciekawych pomysłów, które może wykorzysta, kto wie? Podczas pracy nad książką, natrafiłam na wiele wspaniałych publikacji, niektóre z nich pomogły mi w realizacji projektu, inne, odłożone na dnie szuflady, czekają na lepsze dni. Dziś nastąpił właśnie taki dzień. Rozwiązanie problemu bezrobocia, jest jak dla mnie wyjątkowo łatwe, należy po prostu zatrudniać więcej osób. Że co, że jak, że brakuje miejsc pracy, w biurach, urzędach, fabrykach i w sklepach…. Kto tu mówi o pracy jako nauczyciel, handlowiec, doradca, czy kucharz….. ? Ja tu mam prawdziwe, dobre propozycje, które już wcześniej sprawdziły się w stolicy Francji, mam namyśli zawody rozchwytywane, niepowtarzalne, które nie wiadomo, z jakich przyczyn wyginęły z czasem….

Każdy z nas ma problem z porannym wstawaniem, no dobrze, może nie każdy, ale ja mam. Ile razy przydarzyło się wam, „walnąć w budzik”, nakryć ponownie głowę kołdrą „na pięć minutek” i obudzić się z krzykiem pół godziny później…. No cóż, niektórzy mają dzieci, inni mają nastawione wszystkie alarmy w telefonach, a jeszcze inni mogliby korzystać z usług „tapeur des vitres” czyli, pukacza szyb. Zawód, który cieszył się świetnością, jeszcze przed wojną, przypłyną do Paryża statkiem z Londynu. Mieszkańcy stolicy Francji, zamawiali budzenie u pukacza, który rano, o wyznaczonej godzinie, stukał w ich okna długim kijem, do momentu, aż okna się otworzyły i pojawiała się w nich zaspana głowa właściciela. Ja myślę, że to może być świetne rozwiązanie dla zasypialskich!



Gotując wczorajszy obiad, nie mogłam się nadziwić, że moje noże znów są tępe. Przecież dopiero je ostrzyłam, i ponownie musiałam się nagimnastykować, aby ręcznie, na niewielkiej ostrzałce nadać nożom ich pierwotną ostrość.  Gdybym mieszkała w przedwojennym Paryżu, problem by mnie nie dotyczył, ponieważ skorzystałabym z usług „aiguiseur de couteau” nazywaego również „rémouleur” Zawód ten cieszył się ogromna popularnością, i przyciągał tłumy gapiów, obserwujących, jak na niewielkiej maszynie-straganiku, ówczesny rzemieślnik ostrzył noże i inne przedmioty służące do cięcia. Podczas gdy ponad pół wieku temu, zawód ten należał do dość popularnych, dziś w Paryżu, fachowców od ostrzenia, można policzyć na palcach, dosłownie jednej ręki. Jest ich pięciu, a jeden z nich jest prawdziwą gwiazdą w środowisku gastronomicznym. Marius, bo o nim mowa, ostrzy noże dla najbardziej renomowanych kuchni w stolicy. Już z daleka można go rozpoznać, gdyż krętymi i wąskimi uliczkami miasta, przemieszcza się dzięki swojej wielkiej i czarnej………….brytyjskiej taksówce! Le rémouleur, to ewidentnie zawód przyszłości!

W czasach telewizji, internetu czy smartfonów, coraz częściej mówi się o naturalnej śmierci prasy papierowej. Podobno, ewidentnym przykładem tego może być amerykańskie wydanie Newsweeka, który zrezygnował z wersji drukowanej, i zaleźć go można już tylko w sieci. Osobiście jednak nie zgodzę się z tym faktem. Po pierwsze, uwielbiam pisać, jeszcze bardziej jednak uwielbiam czytać. A przyjemność z czytania mam nie tylko, z jakości tekstu, ale również z jego formy. Lubię przerzucać kartki, czuć ich teksturę pod palcami, i odurzający zapach świeżego druku, który unosi się, natychmiast po otworzeniu pierwszych stron. Po drugie, wstając rano niekoniecznie mam czas sprawdzić w telefonie lub telewizorze najnowsze wiadomości, a w samochodowym radiu w drodze do przedszkola i żłobka, bardzo często jestem zmuszona do słuchania hitów Fasolek i Majki Jeżowskiej, a nie serwisu informacyjnego. Kiedyś, gdy francuscy obywatele, mieli równie szeroki dostęp dowiadomości, co ja, zapracowana matka dwójki maluchów, zawód le vendeur de journaux à la criée , czyli krzyczącego sprzedawcy gazet był na topie. W większości byli to młodzi chłopcy, którzy na każdym rogu ulicy, wykrzykiwali tytuły i nagłówki gazet, którymi handlowali. Zawód niezwykle popularny w XIX wiecznym, a nawet XX wiecznym Paryżu, całkowicie zaginął, w latach 50tych, gdy został narzucony obowiązek szkolny. Dziś w stolicy spotkać można już tylko jedną osobę, specjalizującą się w tym niezwykłym fachu. Ali Akbar, pakistański imigrant, już od ponad 40 lat, rozprowadza pracę w dzielnicy Saint Germain, nawołując przechodniów do zakupów. Ali, jest ogromną atrakcją turystyczną, ale również i tutejszą znakomitością, spędzającą czas w towarzystwie francuskich celebrytów, którzy upodobali go sobie. Pakistańczyk, wydał już drugą autobiografie, w której opowiada o swoich znajomych, wśród których, nazwiska Carla Bruni, Pierre Moscovici czy Sophie Marceau nie należą do rzadkości. Aktualnie, jak sam mówi, skończył budować dom w rodzinnych stronach, do którego wkrótce się wyprowadzi, lecz sercem na zawsze pozostanie w Paryżu. Więc można i nieźle zarobić, i stać się przyjacielem gwiazd, sprzedając krzykiem Le Figaro!


Jeśli przeczytaliście już moją książkę, to dowiedzieliście się o niej o historii paryskich chodników i krytych pasaży. Właśnie w tamtej epoce, zawód cireur des pompes, należał do najbardziej rozchwytywanych, ulicznych fachów. Pucybut, bo tak brzmi potocznie nazwa tego rzemiosła, zniknęła z czasem, gdy stan tutejszych dróg zaczął się polepszać. Co prawda zaprzęgi konne po Paryżu już nie jeżdżą, więc i w odchody konia trudno jest wdepnąć, lecz na przechodniów nadal czyhają uliczne pułapki i zasadzki. Zapchane studzienki, zalane rynsztoki, i wszędobylskie psie kupy, a przecież nie biegamy po mieście z tubką pasty „kiwi” w torebce. Może należałoby się zastanowić nad powrotem zawodu pucybuta???


Francuskie chrupiące bagietki, i jeszcze gorące croissanty i pain au chocolat z dostawa do łóżka? Cóż, chyba, że zamówicie room service w hotelu, inaczej trzeba się udać do boulangerii. Jednak na początku ubiegłego wieku, zamożni paryżanie, zamawiali usługi u porteuse de pain, czyli dostawcy chleba. W większości młode kobiety, roznosiły ciepłe pieczywo z samego rana po domach zamożnej arystokracji. Dziś do domu można zamówić prawie wszystko od pizzy, sushi, po zakupy z Carrefoura, dlaczego więc nie pieczywo. Oj, jak wspaniale byłoby wstać w sobotę rano i zjeść paryskie śniadanie w piżamie, maczając „tartine” w pachnącej „cafe au lait”!


Jak Wam się podobają moje rozwiązania, na walkę z bezrobociem. Po chwili dłuższego zastanowienia, dochodzę do wniosku, że w sumie mogłabym starać się o jakąś dobrą posadę w ministerstwie, gdyż rozwiązań antykryzysowych mam całe mnóstwo!
Comments 3
  • Super post!

  • Pierwszy raz słyszę o pukaczu w szyby, a jeśli chodzi o ostatni zawód to coś takiego jest w Paryzu, kiedyś widziałam jakiś reportaż. Dostarczają chyba tylko w weekendy. Tego pana od gazet muszę koniecznie kiedyś spotkać.

  • U nas też jest kilkanaście zawodów , które zniknęły z rynku pracy. Jeszcze za czasów komuny w latach 50-60 był np. mleczarz, który rozwoził mleko w wielkich beczkach-cysternach i można było je kupić nalewane z tych beczek prosto do bańki na mleko. Potem był roznosiciel mleka, który dostarczał je pod drzwi mieszkania.Każdy park miejski miał też swojego dozorcę.Był sprzedawca gazet na ulicy i pucybut, ostrzyciel noży i nożyczek.Dostawca wody w beczkowozach, sprzedawca wody z saturatora, no i niechlubny zawód hycel . Nie wspomnę już o zawodach rzemieślniczych , które odchodzą lub zaraz odejdą w zapomnienie. Jakby dobrze pomyślał , to takich zawodów znajdzie się jeszcze więcej.

Dodaj komentarz